Relacje

Grzegorz „Gregory” Ostaszewski jest jedynym Polakiem w historii, rywalizującym w wyścigach ciężarówek

Marek Loos 5 października 2018

Życie to nieustająca seria przypadków

– Jak to się zaczęło? Przez totalny przypadek. Mój tato ma przedsiębiorstwo transportowe. Firmy, od których kupowaliśmy ciężarówki zapraszały nas wielokrotnie na wyścigi ciągników siodłowych do Mostu w Czechach. Jeździliśmy tak z tatą, a mnie coraz bardziej podobały się te wyścigi. Jak miałem 12 lat stwierdziłem, że fajnie byłoby się kiedyś samemu tak ścigać. I tak zaczęła się realizacja mojego marzenia – wspomina Grzegorz Ostaszewski jedyny Polak w historii, rywalizujący w wyścigach ciężarówek.

Potem – jak sam twierdzi – przychodziły myśli: „ale przecież nie ma na to kasy, więc nie ma co o tym marzyć”. Ale marzenie gdzieś tkwiło. W 2013 r. zatelefonował do firmy „Transport Towarowy Krzysztof Ostaszewski” z Radwanic koło Polkowic Andrzej Wachowski, producent programu „Na Osi” z pytaniem, czy Grzegorz nie chciałby ścigać się w truck racingu.

– Ale o co chodzi – zapytał pan Ostaszewski senior.

– Bo zadzwonił do mnie manager teamu wyścigowego Frankie Truck Racing Team (ekipa MAN-a) z Czech z zapytaniem, czy nie zna jakiegoś młodego, utalentowanego i ambitnego człowieka, który od dziecka ma styczność z moto-sportem – mówi Andrzej Wachowski.

[emaillocker id=”1155″]

– No to macie takiego gościa. To mój syn. Musimy tylko pojechać do Czech i trzeba się dogadać co i jak – odpowiedział pan Krzysztof.

Ta rozmowa miała miejsce w środę. Gdy okazało się, że „potrzebowski” team ma siedzibę w Harrachovie, przy polskiej granicy, zaledwie 130 km od siedziby firmy Ostaszewski, już w sobotę odbyła się pierwsza rozmowa panów z Frankie Truck Racing Team.

Przypadek i spontan

Grzegorz Ostaszewski jest jedynym polskim zawodnikiem, który rywalizuje w Truck Racing French Grand Prix (liga francuska). Ma 26 lat, a ściga się od dziecka. Zaczynał w motocrossie na motocyklach KTM, a jego tato jeździł kiedyś w kadrze Polski w tym sporcie. Grzegorz – przyzwyczajony do prędkości, rywalizacji i towarzyszących im emocji – przejął pałeczkę od ojca. Potem, do 2010 r. ścigał się na quadach. W 2012 wystartował po raz pierwszy ciężarówką w rajdzie Drezno – Wrocław i co roku startował w nim.

– Z Francuzami jeżdżę od 2017 r. w zespole wyścigowym samochodów ciężarowych Team 14. Prowadzę wyczynowe Renault Premium o mocy 1160 KM – mówi Grzegorz.

– Dlaczego akurat z nimi? – pytam.

– A, to znowu przypadek. Zadzwonił do mnie pan z firmy TRO, która sprzedaje opony do truck-racingu, z zapytaniem, czy nie chciałbym ścigać się we francuskim zespole. Powiedziałem, że jasne, tyle, że trzeba się dogadać, na jakich zasadach. A poza tym muszę znaleźć sponsora, bo teraz już nie będę jeździł za swoje, jak w poprzednim zespole. To był poniedziałek, a już w piątek oddzwoniłem z informacją, że mam sponsorów: Renault Trucks Polska, a od tegorocznego sezonu: DKV Polska i Texaco Polska – śmieje się „Gregory”. – Zupełny przypadek i spontan. Spontaniczne działania są w życiu najlepsze.

– Nie zgadzam się. Nie jest to totalny spontan i przypadek, bo gdyby te propozycje trafiły na kogoś zimnego, niezainteresowanego, kogoś kto woli szachy, a nie adrenalinę, to pewnie nie skorzystałby z nadarzającej się okazji. Albo w ogóle nikt by się do Ciebie nie zwrócił, gdyby nie wiedział, że kochasz duże prędkości i rywalizację – zripostowałem.

– A właśnie, że nie. Po czeskiej przygodzie z truck-racingiem w ogóle nie rozglądałem się za kontynuowaniem tego zajęcia, które nieźle „wyzdrzymnęło” nas z pieniędzy. Usiedliśmy z ojcem, podsumowaliśmy korzyści i koszty i stwierdziliśmy, że epizod z wyścigami na ciężarówkach mamy już za sobą – wspomina Grzegorz. – No i zaraz potem przyszła do nas propozycja francuska.

Pasmo sukcesów, pomimo trudności

I tak już do dzisiaj „Gregory” (bo taki ma rajdowy pseudonim) jeździ w ciężarówkowym Grand Prix Francji. 9 i 10 czerwca rywalizował na torze w Camions de Nogaro w ramach Truck Grand Prix Francji. Osiągnął świetny rezultat – w ciągu weekendu trzykrotnie stawał na podium na trzecim miejscu. Powtórzył tym samym sukces z poprzedniego etapu rywalizacji – Camions du Castellet.

7 lipca Grzegorz Ostaszewski zakończył wyścig na piątym miejscu podium, ale drugiego dnia zdobył już miejsce trzecie, co dawało dużą nadzieję na dalsze sukcesy. Jak duże okazało się jego zdziwienie, kiedy jury oceniło go jeszcze lepiej ze względu na agresywne zachowanie na torze zawodników z dwóch pierwszych miejsc podium. Zyskując dodatkowe punkty do klasyfikacji końcowej za sprawną i uczciwą jazdę, nasz zawodnik stanął ostatecznie na pierwszym miejscu!

– Jesteśmy dumni z osiągnięć Grzegorza. Mamy nadzieję, że kolejna statuetka przyczyni się do popularyzacji tego emocjonującego sportu w naszym kraju – komentuje Mariusz Derdziak, reprezentujący sponsora Team 14, firmę DKV Euro Service.

Nie obyło się bez incydentów. Pierwszego dnia zmagań Grzegorz prowadził w wyścigu, lecz zdał sobie sprawę, że ma problemy ze skrzynią biegów. Musiał zwolnić – dając się wyprzedzić dwóm rywalom – przez co dojechał do mety jako trzeci. Sam wspomina, iż do ostatniego momentu nie było wiadomo, czy zdąży wystartować w kolejnych wyścigach, gdyż zespół Polaka zmuszony był dostarczyć kierowcy nowy mechanizm z siedziby zespołu w Paryżu (750 km). Rozpoczął się wyścig z czasem. Nowa skrzynia biegów dotarła w niedzielę o 4.00 nad ranem i dzięki interwencji mechaników i zaangażowaniu całego zespołu, Grzegorz Ostaszewski mógł kontynuować rywalizację. Następnego dnia dwukrotnie stanął na podium – był trzeci w wyścigu standardowym oraz specjalnym. Mimo feralnej usterki, weekend zaliczył do bardzo udanych – awansował w klasyfikacji generalnej z piątego na czwarte miejsce!

– Nie zapeszam, ale jestem zadowolony. Śmieję się z tatą, że w tym sezonie udało mi się zdobyć więcej nagród, niż przez poprzednie sezony razem wzięte! Tor w Nogaro wymagał ogromnych umiejętności technicznych, dużo węższy niż ten w Castellet, więc potrzeba było niezłych manewrów do wyprzedzania. Ale jeżdżąc jeszcze w lidze europejskiej, kilka lat temu, trenowałem na tym torze, więc wiedziałem, na co być przygotowanym – mówi Grzegorz.

Rasowanie „bolida”

„Gregorego” spotkałem w drugiej połowie lipca na Torze Poznań, gdzie testował, z grupą techników, wprowadzane przez nich modyfikacje pojazdu. Na potrzeby wyścigów założył firmę. Teraz inwestuje w swój wyścigowy ciągnik siodłowy … , który właściwie z ciągnikiem siodłowym nie ma nic wspólnego, oprócz zewnętrznego wyglądu.

– Moje Renault ma 1200 KM, 5,5 tys. momentu obrotowego i rozpędza się do „setki” w 5 sekund, a od 60 do 160 km/h, chyba w kolejne osiem. Wszystkie ścigające się trucki mają blokadę prędkości, uniemożliwiającą jazdę powyżej 160 km/h. Kombinowanie, prowadzące do jej przekroczenia obwarowane jest srogimi karami. „Bolid” spala 1,5 litra oleju napędowego na … kilometr. A właściwie lejemy do baku zwykły Diesel i olej rzepakowy – mówi Grzegorz.

– Na Torze Poznań testujemy i poprawiamy modyfikacje wprowadzone w pojeździe Grzegorza przed kolejną serią wyścigów we Francji. Po kilku dniach pracy pojazd znacznie poprawił osiągi i stabilność na torze, dzięki nowo zamontowanym częściom – wyjaśnia Mario Kress z firmy MKR Technology, który z 26-letnim doświadczeniem „rasuje” ciężarówki Renault na potrzeby wyścigów. W tym czasie „podkręcane” przez niego zdobywały 70 razy różnego rodzaju mistrzostwa Europy. – Teraz mam kolejne wyzwanie na najbliższe 26 lat. Mam dość jeżdżenia w kółko, na torze, więc zająłem się „podkręcaniem muskułów” ciężarówek startujących w Rajdzie Dakar. Moje hasło brzmi: „innowacje nie mają granic, a ich wprowadzanie jest tylko kwestią czasu”.

Celem Grzegorza i Maria jest ukończenie tegorocznego sezonu (od maja do października z przerwą w lipcu) na podium, a rywalizacja jest mordercza, bo w Grand Prix Francji startują aż 23 ekipy.

Między transportem i wyścigami

Poza sezonem Grzegorz pracuje w firmie swojego ojca. Zajmuje się praktycznie wszystkim.

– Zarządzam flotą i warsztatami, a jak trzeba to i ciężarówką pojadę w trasę. Staram się jak najbardziej odciążyć tatę, bo swoje lata już przepracował – zapewnia Grzegorz. – Jeżeli chodzi o moje plany na torach wyścigowych, to moim celem jest wejść do ligi europejskiej, która jest znacznie większym wyzwaniem i wydatkiem. Zobaczymy co na to sponsorzy. Budżet jednego teamu w lidze francuskiej na jeden sezon wynosi 200 tys. euro, a w europejskiej (gdzie startuje tylko 10 pojazdów) – dwa razy tyle – mówi Grzegorz.

[/emaillocker]

Artykuł ukazał się w czasopiśmie Transport Manager 4(34) sierpień-wrzesień 2018 str. 22-27