Coraz więcej państwa w gospodarce

Marek Loos

O zagrożeniach jakie dla polskich przedsiębiorców stanowi coraz większa ingerencja rządu w gospodarkę, rozmawia z Jeremim Mordasewiczem, ekspertem ekonomicznym Konfederacji Lewiatan Marek Loos.

 

Gospodarka światowa rośnie w tempie zbliżonym do 4 proc., wzrost w UE przekracza 2 proc. Wzrost w Polsce nie zaskakuje, ponieważ zazwyczaj nasza gospodarka rośnie o 2 pkt. procentowe szybciej od średniej unijnej. Jesteśmy w szczytowym momencie cyklu koniunktury. OECD, UE, nasz rząd przewidują łagodne spowolnienie. Łagodne pod warunkiem, że nie przydarzy się jakaś katastrofa. O jakiej katastrofie może być mowa?

Szybki wzrost światowej gospodarki zawdzięczamy postępowi technicznemu i zwiększeniu współpracy międzynarodowej, która daje korzyści skali i specjalizacji. Jeżeli konflikt zbrojny lub nasilenie protekcjonizmu ograniczy międzynarodową wymianę handlową i doprowadzi do zerwania sieci kooperacyjnych, spowolnienie będzie znaczące. Dlatego Komisja Europejska wynegocjowała z Japonią umowę o partnerstwie gospodarczym, która przewiduje stopniowe ograniczanie ceł i regulacji utrudniających handel żywnością, lekami, kosmetykami, samochodami, odzieżą oraz dostęp do zamówień publicznych.

Nałożenie przez USA sankcji na europejskie firmy handlujące z Iranem doprowadziłoby do poważnego konfliktu i postawiło Polskę przed trudnym wyborem lojalności. USA mają największy wpływ na nasze bezpieczeństwo, ale naszymi głównymi partnerami gospodarczymi są państwa UE, w szczególności Niemcy.

W UE przewiduje się spowolnienie wzrostu PKB z 2,4 proc. w 2017 r. do 2,3 proc. w obecnym i 2,0 proc. w 2019. To optymistyczne założenie, biorąc pod uwagę, że średnia długookresowa wzrostu w UE wynosi 1,7 proc. A do tego w I kw. br. wzrost w strefie euro wyraźnie osłabł.

Cóż to oznacza dla polskiej gospodarki?

Nasz rząd w założeniach do budżetu i prognozie do 2021 r. przewiduje łagodne spowolnienie wzrostu PKB z 4,6 proc. w 2017 r. do 3,6 proc. w 2021. Realne tempo wzrostu gospodarczego w ubiegłym roku było znacznie wyższe od potencjalnego, które rząd szacuje na 3,2 proc. Nasz rząd zakłada łagodne zmniejszenie popytu u naszych głównych partnerów handlowych ale za to przyspieszenie potencjalnego wzrostu naszej gospodarki. To drugie założenie jest zaskakujące, ponieważ rząd przewiduje tylko nieznaczny wzrost inwestycji i zatrudnienia.

Głównym motorem wzrostu ma być nadal konsumpcja. Łatwość znalezienia pracy i niskie prawdopodobieństwo jej utraty przekłada się na optymizm konsumentów. Spożycie prywatne ma rosnąć realnie o blisko 4 proc. rocznie.

Rząd liczy, że dobra koniunktura w UE i utrzymanie popytu na produkty naszych eksporterów spowoduje, że wzrost eksportu będzie przekraczał 5 proc. rocznie. Podobnie wzrost importu. To zbyt optymistyczne założenie. Obecnie import rośnie szybciej niż eksport (wzrost eksportu hamuje pogorszenie koniunktury w strefie euro i spadek eksportu do Wielkiej Brytanii, a wzrost inwestycji i wzrost cen ropy naftowej wzmacniają import).

Od wejścia do UE rozwijamy się wolniej od Słowaków, ale szybciej od Czechów i Węgrów. Wzrost PKB na mieszkańca wg parytetu siły nabywczej od momentu wejścia do UE w 2004 wyniósł w Słowacji 151 proc., Polsce 148 proc., Czechach 128 proc., Węgrzech 110 proc.

To dość optymistyczne wskaźniki, które wydawałoby się, że dobrze wróżą polskiej gospodarce.

Niezupełnie. Uważam, że wiele obecnych tendencji może budzić niepokój. Maleją szanse na utrzymanie szybkiego wzrostu w długim okresie. Słabnie motywacja do pracy. Poziom oszczędności, mimo wzrostu dochodów, nie rośnie i utrzymuje się na poziomie najniższym w UE. Inwestycje publiczne rosną, ale inwestycje przedsiębiorstw pozostają niskie. A to właśnie inwestycje przedsiębiorstw prywatnych mają największy wpływ na wzrost produktywności.

Aktywność zawodowa nie rośnie mimo dużego popytu na pracowników. Na 32 mln dorosłych Polaków w kraju pracuje 17 mln, za granicą 2 mln, a 13 mln jest bierne zawodowo. Do tego pracuje u nas milion obcokrajowców. Na 100 osób w wieku 20-64 lata pracuje tylko 71, wobec 82 w Niemczech. Współczynnik aktywności zawodowej osób w wieku 15-64 zwiększył się w 2017 r. o zaledwie 0,2 proc. do 56,4 proc. Rząd zakłada, że liczba pracujących będzie rosła coraz wolniej: 1,4 proc. w 2017, 0,7 proc. w 2018, a w 2021 r. przestanie rosnąć.

Ale za to – zdaniem rządu – napływ na rynek pracy młodych, lepiej wykształconych pracowników, przyczyni się do wzrostu produktywności. Tyle, że – jak wynika z badań Deloitte – wśród młodych słabnie motywacja do pracy, coraz ważniejszy staje się czas wolny i realizacja zainteresowań. Wzrasta niechęć do pracy związanej ze stresem. Maleje udział osób mających ambicje objęcia funkcji menedżerskich. Dotychczas to pracodawcy wymagali od pracowników elastycznego czasu pracy, obecnie coraz częściej wymagają tego pracownicy.

To chyba naturalne na rynku pracownika, co jest nowym zjawiskiem w naszej gospodarce, wymagającym nowego podejścia pracodawców do pracowników.

O pracowników będzie coraz trudniej. Obecnie wakaty stanowią w Polsce 1 proc. liczby pracujących wobec 2 proc. średnio w UE, 2 proc. w Niemczech i 4 proc. w Czechach, ale ich przyrost jest najszybszy w UE. W ciągu ostatnich 4 lat stopa bezrobocia, jako procent osób aktywnych zawodowo, zmniejszyła się z 10 do 5 proc. Liczba bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy zmalała z 2 do 1 mln. Liczba osób pozostających bez pracy ponad rok zmniejszyła się z 1,2 mln do 0,6 mln. Liczba osób do 25 roku życia bez pracy zmalała z 400 do 130 tys.

Mamy ograniczone możliwości przyciągania utalentowanych obcokrajowców (relatywnie niskie wynagrodzenia i niepopularny język), a nasilenie niechęci wobec emigrantów może nam to jeszcze utrudnić. W rankingu Global Talent Competitiveness, prowadzonym przez francuską szkołę biznesu INSEAD, zajmujemy 39 miejsce na 119 państw. Wynik psuje 109 miejsce w kategorii tolerancji wobec imigrantów.

Gdzie więc szukać pracowników, bo nie sądzę, że wśród potencjalnych imigrantów. Najnowsze niemieckie statystyki podają, że spośród osób z najnowszej fali przyjezdnych z Afryki i Bliskiego Wschodu tylko jedna czwarta podjęła pracę.

Potencjalne rezerwy 3,5 mln pracowników to:

  • zmniejszenie udziału biernych zawodowo w wieku 20-64 lata z obecnych 29 proc. do 18 proc., czyli poziomu w Niemczech, tzn. z 6 do 4 mln,
  • zmniejszenie liczby bezrobotnych z 1 do 0,5 mln,
  • zmniejszenie zatrudnienia w rolnictwie z 1,7 do 0,7 mln.

Rząd przewiduje, że realny wzrost wynagrodzeń będzie zbliżony do wzrostu produktywności pracy rzędu 3,5 proc. rocznie i nie doprowadzi do zmniejszenia konkurencyjności naszej gospodarki. Przy przewidywanej inflacji ok. 2,5 proc. wzrost wynagrodzeń nominalnych będzie sięgał 6 proc. rocznie. Sądzę, że wzrost produktywności będzie wolniejszy, ze względu na niską stopę inwestycji i osłabienie motywacji do pracy, a wzrost wynagrodzeń szybszy, ponieważ presję płacową wzmacnia duży popyt na pracowników w sąsiednich krajach, wzrost świadczeń socjalnych zastępujących dochody z pracy i obniżenie wieku emerytalnego.

Wzrost kosztów pracy będzie zapewne szybszy od wzrostu wynagrodzeń ze względu na przewidywany wzrost podatków i składek na ubezpieczenia społeczne: zniesienie limitu składek emerytalnych i rentowych, składki na Pracownicze Plany Kapitałowe, wzrost składek i podatków od samozatrudnionych, umów zleceń i o dzieło, nieuchronne podwyższenie składki na NFZ.

Jak do tych przewidywanych przemian ma się sektor przemysłowy, który stanowi koło napędowe branży transportu i logistyki. Są to jej najbardziej intratni klienci.

Wysoki stopień wykorzystania mocy produkcyjnych i niski koszt kapitału powinny wpłynąć na wzrost inwestycji. Wyniki finansowe przedsiębiorstw są dobre. Zarówno przychody jak i koszty przedsiębiorstw 50+ w ostatnim roku wzrosły o 9 proc. A mimo to stopa inwestycji przedsiębiorstw pozostaje bardzo niska.

Rząd zakłada, że nakłady brutto na środki trwałe sektora prywatnego będą stanowiły 14 proc. PKB w 2018 r. i wzrosną do 16 proc. w 2021, a łączne nakłady na środki trwałe w całej gospodarce wzrosną z 19 proc. PKB w br. do 20 proc. w 2021. Taki poziom inwestycji, jeden z najniższych w regionie, nie umożliwi nam szybkiego i trwałego rozwoju.

Kluczowy wpływ na produktywność ma techniczne uzbrojenie pracy. Tymczasem ilość kapitału przypadająca na jednego pracującego w Polsce wynosi zaledwie 55 tys. euro i należy do najniższych w UE. W Czechach przekracza 90 tys., w Niemczech 180 tys., a w większości państw Europy Zachodniej 200 tys. Efektem jest niski poziom automatyzacji produkcji. Liczba robotów przemysłowych na 1 tys. mieszkańców: w Niemczech – 30, w Czechach – 9, w Polsce – 2. Bez zwiększenia inwestycji nie zwiększymy produktywności i wynagrodzeń, a wtedy czeka nas nasilenie emigracji.

Do tego NBP sygnalizuje zmniejszenie napływu inwestycji zagranicznych.

W najbliższych latach koszt kapitału będzie rósł. Podwyżki stóp procentowych i wzrost rentowności obligacji USA będą powodowały odpływ kapitału z rynków wschodzących do USA i umacnianie się dolara.

Inwestycjom i innowacyjności nie sprzyjają:

  • duży udział zatrudnienia w niskoproduktywnym rolnictwie (1,7 mln osób, czyli 10 proc. ogółu pracujących, produktywność w rolnictwie 20 tys. zł na osobę rocznie, w przemyśle i usługach ponad 100 tysięcy);
  • duży udział zatrudnienia w mikroprzedsiębiorstwach, które mało inwestują i mają niską produktywność (blisko 40 proc. ogółu zatrudnionych, wobec 30 proc. średnio w UE);
  • duży udział przedsiębiorstw państwowych, które inwestują dużo, ale mało efektywnie;
  • niska stopa oszczędności gospodarstw domowych (udział oszczędności w PKB w Polsce 2 proc. wobec mediany regionu 6 proc.);
  • permanentny deficyt finansów publicznych;
  • niestabilność prawa i polityki gospodarczej (np. na skutek zmian regulacji udział OZE w produkcji energii obniżył się do 11 proc. czyli poziomu z 2012 r.);
  • dotowanie niskoproduktywnych sektorów i przedsiębiorstw kosztem przedsiębiorstw o wyższej produktywności.

Czy sądzi Pan, że te wskaźniki mogą ulec poprawie w najbliższych latach, na skutek przemian rozwojowych polskiej gospodarki?

Nie spodziewam się znaczących zmian żadnego z tych czynników.

Dlaczego?

Rządzący nie przeciwstawią się oczekiwaniom społecznym. Wielu polityków wierzy, że podejmie trafniejsze decyzje inwestycyjne niż przedsiębiorcy. A do tego zbliżające się wybory nie sprzyjają ograniczeniu konsumpcji na rzecz wzrostu inwestycji.

Badania przeprowadzone przez pracowników Akademii Leona Koźmińskiego wskazują, że wśród Polaków dominujące jest oczekiwanie państwa opiekuńczego, intensywnie ingerującego w gospodarkę. Zdecydowana większość Polaków uważa, że rząd powinien zmniejszać różnice w dochodach, tworzyć nowe miejsca pracy, wspierać produkcję rolną i upadające przedsiębiorstwa prywatne, oferować tanie kredyty i ulgi dla osób zakładających nowe przedsiębiorstwa, określać wysokość płac, a nawet ustalać ceny oraz, że elektrownie, kopalnie i koleje powinny być państwowe.

Jakich więc zmian spodziewa się Pan w polskiej gospodarce w najbliższych latach?

Dalszego zwiększenia wydatków socjalnych i w konsekwencji wzrostu podatków. Podwyżki emerytur, rent i zasiłków, bez jednoczesnego ograniczenia przywilejów emerytalnych i podatkowych dla wielu grup zawodowych, wymuszą podwyżki podatków i składek na ubezpieczenia społeczne.

Zwiększenia stopnia interwencji polityków w gospodarkę. Mamy liczne tego przykłady, jak reaktywacja państwowej stoczni w Szczecinie i zlecenie jej budowy promu dla państwowego armatora, dotowanie trwale nierentownych kopalń czy fabryki autobusów w Sanoku, budowa bloku węglowego w Ostrołęce czy powołanie państwowej spółki do budowy drewnianych domów mieszkalnych.

Dalszego wzrostu zadłużenia państwa. Np. zniesienie limitu składek emerytalnych i rentowych spowoduje zwiększenie dochodów państwa o 5,5 mld zł w 2019 r., ale jednocześnie ponad proporcjonalnie zwiększy przyszłe zobowiązania państwa wobec emerytów. Osoby uzyskujące wysokie dochody żyją zazwyczaj znacznie dłużej od średniej, a do tego ich wysokie świadczenia będą przysługiwały również ich małżonkom.

Nie wykorzystujemy dobrej koniunktury do naprawy finansów publicznych, jak robią Niemcy i Czesi. Mimo zwiększenia dochodów podatkowych utrzymujemy permanentny deficyt finansów publicznych. Rezultatem są wysokie koszty obsługi długu publicznego i wahania inwestycji publicznych, prowadzące do kumulacji robót i marnotrawstwa zasobów. Powinniśmy być świadomi, że w momencie spowolnienia gospodarki deficyt zwiększy się do nieakceptowalnego poziomu i nie będziemy mieli możliwości złagodzenia skutków spowolnienia.

Pozostaje mieć nadzieję, że te niepokojące scenariusze nie sprawdzą się. Dziękuję za rozmowę.

Marek Loos

redaktor naczelny czasopisma "Transport Manager"